Moje przemyślenia na temat zabawek. I krótka historia o Wełniaku.

Co kupić dziecku, które wszystko ma? Ewolucja sklepów z zabawkami sprawiła, że dwuletnie dziecko, ma mini auto, mini odkurzacz, mini kuchenkę, mini wałek do ciasta, mini wózek, mini komputer, mini deskę do prasowania. Nawet prawdziwy Święty Mikołaj by nie ogarnął.

Mam dwójkę dzieci, dwulatkę i półrocznego niemowlaka. Co za tym idzie, mam też ogromną wprawę i doświadczenie w kupowaniu zabawek dla dzieci. Kto ma dziecko, wie też, jak wygląda pokój współczesnego dziecka – jak chińska fabryka, pełno w nim plastiku. Plastikowy stolik, plastikowa mini kuchenka, plastikowe różowe autko, plastikowe klocki. Ok są też inne materiały: drewniane układanki na przykład. Mamy też kilkanaście nieużywanych lalek, kilkadziesiąt miśków zbierających kurz i niezliczoną ilość pomieszanych puzzli.
Zmieniłam stosunek do zabawek, kiedy zauważyłam, że nie nadążam ze sprzątaniem ich i czyszczeniem z kurzu. Kiedy okazało się, że moje dziecko dłużej bawi się przesypywaniem kilograma fasoli ze słoika w słoik, niż każdą inną interaktywną zabawką jaką posiada. Zabawki kupuję teraz rzadko i bardzo przemyślanie. W przeciwieństwie do książek, bo uwielbiamy i czytamy je wszyscy.

I oto nadchodzi kolejny dzień wręczania podarunków dla naszych pociech! Dzień Świętego Mikołaja! Muffinki już zrobione, stół z przekąskami naszykowany, goście są. Sąsiad w przebraniu Mikołaja puka do drzwi. Dorośli się podniecają, zdjęcia pstrykają, śmieją się z żartów Świętego, HO HO HO! a gdzie gwiazdy wieczoru?? Siedzą niewzruszone. Dwulatka w kącie wydłubuje cukrowe perełki z muffinki. Minę ma co najmniej krnąbrną. Nie bawi ją, ani ta impreza, ani prezenty. A najmłodszy, jeszcze na rączkach u tatusia, nic nie rozumie, ale i do niego Mikołaj zagada, Nikoś odpowie mu dzikim przestraszonym płaczem. Dziesięć minut nie minie, jak Mikołaj się zmyje. Zabawki pozostaną, dzieci łaskawie się nimi pobawią przez chwilę. Dorośli będą się oszukiwać, że dzieciaki jeszcze za małe, może w przyszłym roku im się spodoba.

Okazuje się, że najbardziej przypadkowe rzeczy, najbardziej trafiają w gusta naszych pociech. To nie miśki ich bawią tylko metki, które ktoś im podoszywał na boku. Opowiem Wam o Wełniaku. Wełniak to owca, trochę już poszarzała, ale Róża nie pozwala mi włożyć ją do pralki. Wełniak został zabrany od nastoletniego kuzynostwa, które jak podejrzewam, owcą już się nie bawiło. To była miłość od pierwszego wejrzenia, Róża nie chciała go wypuścić z rąk. Zdziwiło mnie to, jako, że do tej pory gardziła wszelkiej maści maskotkami, zwierzakami, świeżakami. Tak chciałam, żeby miała swoją przytulankę, wydawało mi się to takie słodkie, dzieci mają swoje przytulanki… Moje próby podrzucania jej „króliczków do spania” szły na marne. Róża wszystko wyrzucała z łóżka. I nagle pojawił się Wełniak. Jakie było nasze zdziwienie, gdy Wełniak okazał się jej kompanem do wszystkiego, daje się wozić w wózku i zawsze włazi jej pod pachę gdy idzie spać. Bez Wełniaka już nie zaśnie. Victory.

Idealne ciasto czekoladowe

Na pewno, każdy z Was ma w swojej głowie, lub na kartce przepis, z którego korzysta od lat. Ja mam taką kartkę, która ledwo „wygląda” i jest na niej przepis na ciasto marchewkowe i ciasto do pizzy. Kartka jest podarta, brudna, luzem (trzymamy ją w książce kucharskiej), i wciąż jej używamy. Nie mam głowy do zapamiętywania przepisów, co najwyżej robię na „oko”, ale gdy potrzebuję czegoś pewnego, taka kartka się przydaje.
Dziś chcę Wam polecić przepis na ciasto czekoladowe. Z rozlatującej się książki kucharskiej. Ciasto, które uwielbiamy w naszym domu, i które piekę już od lat. Pierwszy raz zrobiłam je jakieś 15 lat temu (tak, pamiętam takie rzeczy :)), i pomyślałam zakalec – pierwszy raz spotkałam się z taką strukturą ciasta. Jest to ciasto bez mąki, z zaledwie kilku składników. Rośnie a potem lekko opada, trochę jak omlet. Jajka muszą być dobrze ubite. W środku jest idealnie wilgotne a z wierzchu chrupiące. Uwielbiam jako deser do czerwonego wytrawnego wina, które podkreśla słodycz ciasta. Ale dość gadania. Oto przepis:

Składniki:
200 g gorzkiej czekolady (2 sztuki)
200 g masła
200 g białego cukru (szklanka)
4 jajka

Oddzielamy żółtka od białek. Czekoladę kruszymy do miski, dodajemy masło i wstawiamy do większego naczynia z gotującą się wodą, podgrzewamy, aż czekolada i masło się rozpuści.W między czasie żółtka ucieramy z połową cukru. Gdy masa zbieleje dodajemy ją do stopionej czekolady z masłem, łączymy składniki i zdejmujemy z ognia. Teraz ubijamy białka na sztywno z pozostałym cukrem. Przy okazji możecie już sobie nastawić piekarnik na 180 stopni. Ubite białka łączymy delikatnie z masą czekoladową. Pieczemy w tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia lub, tak jak ja szklanym naczyniu do tarty. Czas pieczenia 40 minut, nie musicie sprawdzać patyczkiem.
Ciasto dobrze komponuje się z mandarynkami i pomarańczami, więc jak znalazł, na zimowe wieczory 😉

Pierwszy dzień grudnia. Temperatura dodatnia. Śnieg z deszczem.

Pierwszy grudnia. Pierwszy śnieg. Można śmiało rozpocząć przygotowania do świąt bez obaw, że ktoś popuka nas w czoło. Kto zarządza swoim domem, ten wie, co mam na myśli. Robimy generalne porządki, zmieniamy zasłony, pierzemy dywany, szykujemy dekoracje. Od lat nic się nie zmieniło w tej kwestii.
I ja właśnie, rozpoczynam przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. To będą pierwsze takie święta, Wigilię spędzimy we własnym gronie, czyli my z mężem i dwójką naszych dzieci. Zależy mi, aby od samego początku uczyć dzieci bożonarodzeniowych zwyczajów i tradycji. Nie chcę aby kojarzyli je tylko z prezentami i choinką. Grudzień to miesiąc magiczny, pachnący, który może być pięknym przeżyciem, jeśli tylko damy się ponieść tej magii. Piszę o tym ponieważ, im jest się starszym i bardziej zapracowanym, tym mniejszą wagę przywiązuje się do świąt. Owszem, jest kilka dni tak zwanej „świątecznej gorączki”, kiedy sprzątamy, gotujemy, pieczemy, robimy zakupy, i w końcu możemy siąść przed telewizorem w święta i odpocząć. Nie zastanawiamy się nad tym, ale niestety tak to wygląda. Zbyt nowocześnie, bez tradycji. Przypomnijmy sobie jak odbieraliśmy Święta Bożego Narodzenia w dzieciństwie. To był czas radosny i magiczny i trwał naprawdę długo, bo już pierwszy śnieg w listopadzie zwiastował zbliżające się Boże Narodzenie. Gdy dorośliśmy, przestaliśmy przeżywać i skupiliśmy się na prozaicznych czynnościach związanych ze świętami.
W tym roku, dzieci, stały się dla mnie motywacją, aby przywrócić Świętom Bożego Narodzenia otoczkę, jaką miały dla mnie w dzieciństwie. Dzieciaki są jeszcze zbyt małe, aby głębiej rozumiały religijny sens tych świąt, ale mogę skupić się na innych symbolach, które zapamiętają. Wspólnie z mężem omówiliśmy, co jest dla nas ważne, jakie tradycje i zwyczaje z naszych rodzinnych domów, chcielibyśmy kontynuować w naszym wspólnym życiu, jakie potrawy są obowiązkowe na wigilijnym stole, czy nawet kwestię kiedy, i jak, będziemy dawać dzieciom prezenty, i kiedy powinniśmy ubierać choinkę. Lada moment, zrobimy z Różą pierniki na choinkę. Chcę, aby grudzień, był bardzo aromatycznym miesiącem. Cynamon, goździki wbite w pomarańcze… Zapachy wprowadzają nastrój, spokojny nastrój oczekiwania. Grzyby suszone, suszone śliwki. Już myślę o potrawach… Pierogi z grzybami i śliwką, kompot z pomarańczy, gołąbki w sosie grzybowym, piernik, którego nigdy nie piekę i sernik ze skórką pomarańczy i rodzynkami. Chcę, aby potrawy nabrały wykwintności i elegancji, dlatego już wyszukuję najciekawsze przepisy.

Moje gorliwe planowanie w tym roku ma sens. Kiedyś nie przykładałam zbytniej wagi do świąt. Nie słuchałam kolęd, nie chodziłam do kościoła, nie piekłam pierników na choinkę. Była praca, potem na szybko przygotowania, spowiedź na ostatnią chwilę. I kiedy w zeszłym roku, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, poszłam do kościoła, ogarnął mnie straszny żal, jakby ominęło mnie coś ważnego. I ominęło. Magia oczekiwania na ten cud, który świętujemy. Tradycja daje nam ogrom inspiracji, które podtrzymują nas w duchu magicznego oczekiwania, dzięki temu te Święta nie są jednym czy dwoma dniami, to czas, to właśnie Adwent, grudzień, dni przed Wigilią i po. To jest tak oczywiste, a jakoś nigdy o tym nie myślałam. I chyba nie tylko ja. Czasem warto patrzeć na świat z perspektywy dziecka, i jeśli jest to dobra perspektywa, to lepiej przy niej pozostać. W moim domu już suszą się plastry pomarańczy na choinkę. Życzę wszystkim udanego i powolnego wyczekiwania! Nich aura Świąt Bożego Narodzenia powoli zakrada się do Waszych domów!

Gdy kupujesz alkohol i wciąż proszą cię o dowód…

Kiedyś:
Mam dwadzieścia lat. Kraków wieczorową porą, gdzieś przy Rynku Głównym. Jestem studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. W sklepie nocnym kupuję piwo (pewności nie mam ale przypuszczam, że był to poczciwy Lech w puszcze). Mam mocno umalowane oczy, makijaż świeżo zrobiony przed wyjściem, szerokie spodnie, obcisła bluzka. To było przed imprezą. Pani przy kasie prosi o dowód. Ja oburzona pokazuję jej dokument i pomrukuję coś pod nosem, że już od DWÓCH (!) lat jestem pełnoletnia. Pamiętam, że byłam zdziwiona i zła. Jak ona mogła nie zauważyć że jestem już dorosła?!

Dziś:
Piątek wieczór. Warszawa, osiedlowa Biedronka. Udaje mi się wymknąć samej z domu na małe zakupy, jest już 21 z minutami. W sklepie głównie młodzi ludzie, robią „wiadome” zaopatrzenie na wieczór i szybkie zakupy na weekend. Ja w dresach, puchowej długiej kurtce, żeby nie było widać tych dresów, i plecakiem mojego męża, bo poprosił o słoik ogórków i z tym plecakiem miało mi być łatwiej dźwigać… Zakupów trochę zrobiłam, w tym dwie Corony (meksykańskie piwo). I w tym momencie pani ekspedientka prosi mnie o dowód. Ja zażenowana szukam po portfelu, dopytując się „naprawdę?”, za chwilę to już pani jest zmieszana i przeprasza, bo ona w podobnym wieku i nie wierzy i takie tam, ja dalej zawstydzona burczę coś, że bez makijażu jestem (faktycznie nawet w lustro nie zerknęłam przed wyjściem, tusz pewnie rozmazany o tej porze po całym dniu), oczy mam spuszczone nawet na nią nie patrzę, próbuję się uśmiechać, i ona się pyta jak ja to robię, no to jej powiedziałam „wie pani, ja mam dzieci”. Boże drogi, jakie to było głupie i bez sensu… i co z tego, że mam dzieci? To ma tłumaczyć dlaczego tak młodo wyglądam, czy dlaczego nie mam makijażu, albo mam jego resztki pod oczami? Bridget Jones jak nic…
No ale pomyśleć, że to prawdopodobnie ostatni raz kiedy ktoś poprosił mnie o dowód przy kupnie alkoholu. Dobrze, że chociaż to sobie zapisałam.

A te zdjęcia nie mają nic wspólnego z tematem. Zupełnie trzeźwy i przyzwoity spacer rodzinny. Warszawa.
#warszawa #parksaski #jesień

Nawet Rocky Balboa mnie nie pokona. W babie siła.

Chciałabym się pochwalić, że jestem Supermamą. Właśnie sobie uświadomiłam ten fakt, chodzę dumna jak paw i cały czas powtarzam mężowi jaka jestem super. I okazuje się, że mam więcej supermocy niż niejeden superbohater. Na dowód wszystko tu przedstawię.
Jestem super silna. Podnoszę 8 kg na lewej ręce i 13 kg na prawej jednocześnie! A to wszystko bez chodzenia na siłownie. Jestem szybka niczym błyskawica. Wyobraźcie sobie, że w ciągu 10 minut (tyle mniej więcej trwa odcinek „Strażaka Sama”) ja sprzątam całe mieszkanie: nastawiam pranie, ogarniam zmywarkę, sprzątam kuchnie, ścielę łóżka, w miedzy czasie wypijam kawę, ubieram się i maluję. Jestem Supermamą, bo całuję po stópkach, pupci, pod pachami i znam najgłupsze piosenki świata o żabkach, rybkach, Ojcu Wirgiliuszu…. A gdy taka Supermama ma baterie na wyczerpaniu to wiecie co robi? Pogłaśnia radio na ile może i tańczy, jakby cofnęła się na studia, i była na dyskotece. A to dzieciaki uwielbiają najbardziej. Gdy matka szaleje.

Supermama wie, że dziecko jest zmęczone i chce spać zanim jeszcze dziecko to wie. To prawie jak Chuck Norris, prawda? Supermama przewiduje katar i inne choróbska u dziecka. Moja Supermama na przykład, zawsze mówiła „oczy ci się świecą, będziesz chora”, – tę supermoc musiałam odziedziczyć po niej. Supermama ma też superinstynkt, którego niestety nie ma Supertata. Budzimy się w nocy, bo coś nie daje nam spać, zaglądamy do pokoju dziecka, no tak, odkryte! To niesamowite ile matki mają supermocy. A najlepsze jest to, że w codziennych trudach bycia Super, mamy jeszcze czas na zakupy (co z tego, że przez internet), plotki przez telefon, przytulańce z supermężem, pieczenie superwypieków.
Chyba się nie doceniamy drogie Mamy. Dopóki nie miałam dzieci, życie wydawało się do ogarnięcia. Przy dwójce dzieciaków nie mam dla mnie rzeczy niemożliwych.

Karaluchy w mojej kuchni, czyli słodkie życie bez cukru

„Jest coraz gorzej. Błąkam się po kuchni, otwieram szafki, szukam co by tu zjeść, żeby zaspokoić głód. Nie pomaga kanapka z serem… Tak naprawdę wcale nie jestem głodna. To mój mózg dopomina się zastrzyku energii w postaci cukru. Nie mogę już patrzeć na daktyle. Wyglądają jak zasuszone karaluchy. Co z tego że słodkie, to nie to. Pomagają przez chwilę orzechy. Najlepsze są nerkowce. Słodkie i miękkie. Zjadam je garściami. Mam świadomość, ze za parę dni odpokutuje to wysypką na dekolcie.”

Tak pisałam gdy byłam na detoksie od cukru. I od słodyczy. Po urodzeniu dziecka i ciągłym niedosypianiu, karmieniu małego, mój organizm ciągle domagał się zastrzyku energii w postaci cukru. Pochłaniałam wszystko jak odkurzacz, nawet tabliczkę czekolady (żeby nie powiedzieć „tablicę”) w rozmiarze XXL też zjadłam na raz, sama, pewnego wieczoru. I to nie żadna bulimia, żadne tam problemy… Tak naprawdę zanim moja gospodarka hormonalna złapała jakąś równowagę po porodzie, miałam właśnie taki wilczy głód na słodycze. Potem przyszedł detoks (wyrzutów sumienia nie było końca). Ale żeby był kompletny musiałam odmawiać wszystkiego co zawierało cukier. Jedyne na co mogłam sobie pozwolić to słodkie daktyle, bo być może również kaloryczne, ale zdrowe. I to one były moim „ciastkiem” do kawy. Myślałam, że wytrwam w takim celibacie już na zawsze, że można tak żyć. I powiem wam, można. Ale ja świadomie na to się nie decyduję. Zdecydowałam się jednak na rozsądne podejście do tej nurtującej kwestii „jeść czy nie jeść”. Jem ale z umiarem i najlepiej gdy te słodkie pyszności tworzę sama w swojej kuchni a nie kupuję w sklepie. I jeśli czekolada to gorzka i dobrej marki, co z tego że droga jeśli i tak będę ją jadła przez tydzień 😉 Kolejny raz postawiłam na złoty środek. Odzyskałam równowagę i władzę na sobą. I powoli zatracam się w pieczeniu. Bo można jeść słodko, zdrowo, smacznie.

Przy tej okazji przedstawiam Wam przepis na genialną szarlotkę z orzechami, której przepis znalazłam w książce Moniki Waleckiej, kucharki i blogerki kulinarnej. Przetestowałam już kilka raz, nawet ze śliwką. Ciasto zawsze się udaje i smakuje nieziemsko.

Składniki:

ciasto:
1 szklanka orzechów włoskich,
250 g mąki,
150 g masła,
łyżeczka proszku do pieczenia,
100 g cukru pudru,
3 żółtka.

nadzienie:
6 dużych jabłek,
3 łyżki masła,
100 g rodzynek,
2 łyżki miodu,
1 łyżeczka cynamonu

beza:
3 białka,
3 łyżki cukru waniliowego

Wykonanie:
Orzechy uprażyć na suchej patelni, mogą się nawet lekko przypalić. Zmielić na pył w blenderze i zostawić do ostygnięcia.

Mąkę przesiać z cukrem pudrem, proszkiem do pieczenia i zmielonymi orzechami. Dodać masło i posiekać wszystkie składniki, dodać zółtka i szybko zagnieść ciasto. Podzielić na dwie nierówne części. Mniejszą włożyć do zamrażarki a większą wylepić tortownicę (24 cm), tak aby boki były co najmniej do połowy. Ciasto nakłuć widelcem i wstawić do lodówki na około 2 godziny.

W rondelku rozpuścić masło, wrzucić jabłka obrane ze skórki i pokrojone w plastry. Dodać rodzynki, miód i cynamon, i dusić, aż wyparuje cały sok i jabłka zmienią się w mus. Odstawić do ostygnięcia.

Białka ubić na sztywno, pod koniec dodać cukier waniliowy. Piana powinna być błyszcząca i sztywna. Piekarnik nastawić na 175 stopni.

Na spód ciasta wyłożyć jabłka, następnie bezę i równać łyżką. Kulkę ciasta można już wyjąć z zamrażarki, zetrzeć na tarce, posypać wierzch ciasta. Piec 45 minut.

Udanych wypieków!

„Konkurs na żonę” – recenzja książki

Przypadkowo na mojej półce z książkami znalazła się powieść „Konkurs na żonę” polskiej pisarki Beaty Majewskiej. Sięgnęłam po nią i przepadłam. W życiu przeczytałam naprawdę wiele książek, od Agathy Christie, od której zaczął się mój romans z kryminałem, po literaturę psychologiczną, trudną jak Dostojewski, Tołstoj, ale nie omijałam też kasowych pozycji współczesnych jak na przykład trylogia o Grey’u („50 twarzy Greay’a”), której jestem wielką fanką. I teraz czytam sobie taką prostą powieść o miłości, o Krakowie, o perypetiach początkującej studentki z bogatym amantem. Nie jest to nic odkrywczego ale czyta się naprawdę nieźle. Książkę można śmiało zaliczyć do kategorii rozrywka bo „połyka” się ją w kilka wieczorów. A to duży plus. Każdy potrzebuje wieczorem oderwać umysł od problemów. Czytanie książek przed snem jest znakomitym relaksem pod warunkiem, że nasz umysł nie męczy się tym czytaniem.

„Konkurs na żonę” to historia miłosna Łucji i Hugona. Hugo jest trzydziestoletnim kawalerem, który musi się ustatkować jak najprędzej, bo inaczej nie wypełni testamentu swojego wuja i nie otrzyma po nim spadku. Choć Hugo to bogaty młody człowiek, ambitny prawnik, to jednak nie może przepuścić takiej okazji i organizuje konkurs na żonę. I tu pojawia się naiwna i niczego nieświadoma Łucja. Prosta ale mądra dziewczyna z podkrakowskiej wsi. Konfrontacja tych dwojga da efekt zabawny ale też romantyczny. Widzę sporo nawiązań do Grey’a, autorka z pewnością inspirowała się historią Christiana i Anastasi.

Kłótnie małżeńskie i co z nich wynika

Kiedyś pokłóciłam się z mężem, że nie gotuje, że się nie stara, że wszystko ja, i takie tam durnoty…. Hormony, jak nic. Gdy przyszła skrucha i wyrzuty sumienia, przeprosiłam go, i żeby nie było mu przykro, że wytknęłam mu jego brak kulinarnych aspiracji rzekłam: „nie martw się, nie każdy jest Gordonem w kuchni…”. Bardziej jednak do siebie powinnam była skierować te słowa. Oczekujemy zbyt wiele od tej drugiej osoby. Stąd biorą się niepotrzebne konflikty. Nagle próbujemy formować naszego partnera, zapominając o podstawowej zasadzie udanego związku: AKCEPTACJA.

Może i chciałabym mieć podany trzydaniowy obiad co drugi dzień (przy jednoczesnym porządku w kuchni!) ale to nierealne. Mój mąż nigdy nie będzie gotować zawzięcie i z pasją jak Gordon Ramsay, on po prostu tego nie czuje. Kwestia nakarmienia rodziny spoczywa na moich barkach. Ale za to, z nikim nie czuję się tak bezpiecznie w samochodzie jak z moim mężem. Bo z niego jest prawdziwy Kubica (w przeciwieństwie do mnie, o czym ciągle muszę mu przypominać, ja Kubicą nie jestem, typowa baba za kółkiem).

Każdy z nas jest w czymś dobry. Owszem, możemy dokształcać się na innym polu, uczyć się nowych rzeczy i być otwarci na nie. Tylko nie powinniśmy wypominać tego innym. Nie można być doskonałym we wszystkim, ba, nie warto nawet! Lepiej skupić się na kilku rzeczach niż brać wszystko na raz. W pewnych sprawach warto być przeciętnym. Ze mnie na przykład taka ppd (perfekcyjna pani domu), że po wyjściu z Lidla pogubiłam ziemniaki na parkingu. Zgrywałam niezależną i pewną siebie laskę (w końcu bez dzieci! niemamuśka!), która wyskoczyła na małe zakupy i wraca do auta, wiatr we włosach, skóra błyszczy i nagle bach, siatka się urwała. Pewna siebie pozbierałam, ale nie ominęła mnie konfrontacja, z takim że też pewnym siebie panem, który także wybrał się na małe zakupy do Lidla: „ziemniaki pani pogubiła, proszę jeszcze jeden”, i wręczył mi ziemniaka. Wróciłam na ziemię. Wniosek jest następujący, nie świrujmy, bądźmy sobą. I nie oczekujmy też od kogoś aby był kimś innym.

Nie każdy jest Gordonem i umie gotować, nie każdy ma pedantyzm we krwi i porządek dookoła, nie każdy kocha sztukę i będzie biegał z wami po muzeach, nie każdy ma twardy łeb i będzie wam dotrzymywał kroku w piciu.

Na koniec takim inteligenckim cytatem rzucę: „Zanim zaczniesz być kimś, najpierw bądź samym sobą”. – Fiodor Dostojewski 😎

I kilka zdjęć, bo jesień wciąż piękna.

Komu w drogę…

Uwielbiam podróżować. Wszędzie gdzie się da, byleby tylko ruszyć tyłek. Czy to na Kanary czy do babci na święta. Byleby tylko zmienić otoczenie na chwilę. Bo ja lubię zmiany, ale tylko te, przeze mnie kontrolowane. Wyjazdy należą do nich częściowo. Częściowo, ponieważ od jakiegoś czasu, moje autorytarne rządy są notorycznie zagłuszane przez Małą Księżną i Małego Księciunia. Już nic nie jest takie jak było. Ale powoli, powolutku nabieram coraz większej kontroli nad wyjazdami. Bo sam pobyt to rybka. Najgorszy jest właśnie rejs! Wszyscy to znamy. Choć wiem, że są takie małe osobniki, które śpią bez zająknięcia jak tylko znajdą się w aucie. My tego szczęścia nie doświadczyliśmy. Jęki, krzyki, dziki płacz, zawodzenie, łzy, szarpanie się z pasami. Stopniowo doświadczamy coraz więcej. Wstajemy o trzeciej nad ranem byleby tylko jechać w czasie ich snu, aby jak najmniej dziatki wymęczyły się podróżą… Ale i tak się obudzą i tak. I będą drzeć się na każdych światłach. I będą się buntować, gdy jazda ich znuży, w ruch pójdzie tablet, książeczki, słodycze, byleby tylko dojechać na miejsce… Ostatnim hitem jest u nas piosenka”Pani” Grzegorza Hyżego, Księciunio zasypia jak tylko go usłyszy. Przywykliśmy. Już nawet nas nie ruszają te zawodzenia. Ba, mniej wydajemy na kawę i napoje energetyczne. Nic tak nie pobudza jak dziatki w aucie 😆

Nasza weekendowa podróż. Ilość przebytych kilometrów: 900. Ilość snu 3h 30 min.

Budzik dzwoni, trzeba wstać…

Kto wcześnie wstaje, ten ma dzieci wiadomo, albo psa, albo po prostu wstaje do pracy. Nie ma zmiłuj, wszyscy mamy jakieś obowiązki. Deficyt snu to chyba najbardziej powszechna bolączka naszej cywilizacji. No bo, z ciągłego braku czasu na wszystko, oszczędzamy na śnie. I tak, chodzi już drugą dekadę zombi po świecie. Niewyspane matki, niewyspani ojcowie, niewyspani alkoholicy, niewyspani pracoholicy, niewyspana młodzież, niewyspani studenci. Na sen nigdy już nie wezmę nic, jak śpiewała Urszula, nie trzeba bo mam dzieci, ja tylko zamknę oczy i śpię. Mój mąż zasypia przy usypianiu córki, zasypia, gdy czyta książkę, zasypia gdy trzyma Młodego na rękach (wczoraj!) i zasypia na kazaniu w kościele. Tak, na stojąco! Ja zasypiam 15 minut po włączeniu filmu, na który napalałam się od miesiąca, zasypiam gdy wsiądę do samochodu, i prawdopodobnie zasnęłabym w każdej chwili i sytuacji, gdybym nie musiała zajmować się dziećmi. I jeszcze, od trzech lat, nie przespałam ciągiem ani jednej nocy, mówiąc inaczej, nie śpię od trzech lat. Straszne. Ale pocieszam się, że sąsiedzi z dołu mają tak samo. Pociesza mnie nawet, to że Kasieńka leci na spacer z psem o 5 rano (śmieję się szyderczo 😆 ). Może kiedyś pośpię sobie do południa, spróbuję, pogadam z mężem, na pewno zrozumie, najwyżej będzie sobota bez sprzątania albo niedziela bez obiadu . Życzę wszystkim, żeby spali póki mogą, nie ma nic lepszego niż porządnie pospać. I miłego czwartku, bo zaraz piątek i kto ma dobrze ten ma weekend. A ja idę łapać jeszcze pięć minut snu póki bąki śpią, a potem jak to śpiewał Łona „kawa, moja wspaniała kawa…”.

Najnowsze komentarze

Archiwa

O mnie

Witam wszystkich. Nazywam się Aneta. Stworzyłam to miejsce ponieważ lubię pisać.  Miło mi, że ktoś tu zagląda i ma ochotę czytać moje teksty, i oglądać zdjęcia mojego autorstwa. Chcę pokazać, że życie może być proste, nieskomplikowane, i w tej prostocie można odnaleźć radość i szczęście. Kocham minimalizm w każdym aspekcie życia. To w nim szukam inspiracji. Wierzę, że w życiu wszystko zależy od nas samych, to my je kreujemy.

Jestem mamą dwójki dzieci Róży i Nikosia. Oni także są moją inspiracją, bez nich nie byłoby tak zabawnie i ciekawie. No i mężulek, który wspiera silnym ramieniem. Życie rodzinne daje mi ogromnego kopa, kopa do życia pełną parą.