Moje przemyślenia na temat zabawek. I krótka historia o Wełniaku.

Co kupić dziecku, które wszystko ma? Ewolucja sklepów z zabawkami sprawiła, że dwuletnie dziecko, ma mini auto, mini odkurzacz, mini kuchenkę, mini wałek do ciasta, mini wózek, mini komputer, mini deskę do prasowania. Nawet prawdziwy Święty Mikołaj by nie ogarnął. Czytaj więcej

Idealne ciasto czekoladowe

Na pewno, każdy z Was ma w swojej głowie, lub na kartce przepis, z którego korzysta od lat. Ja mam taką kartkę, która ledwo „wygląda” i jest na niej przepis na ciasto marchewkowe i ciasto do pizzy. Kartka jest podarta, brudna, luzem (trzymamy ją w książce kucharskiej), i wciąż jej używamy. Nie mam głowy do zapamiętywania przepisów, co najwyżej robię na „oko”, ale gdy potrzebuję czegoś pewnego, taka kartka się przydaje. Czytaj więcej

Pierwszy dzień grudnia. Temperatura dodatnia. Śnieg z deszczem.

Pierwszy grudnia. Pierwszy śnieg. Można śmiało rozpocząć przygotowania do świąt bez obaw, że ktoś popuka nas w czoło. Kto zarządza swoim domem, ten wie, co mam na myśli. Robimy generalne porządki, zmieniamy zasłony, pierzemy dywany, szykujemy dekoracje. Od lat nic się nie zmieniło w tej kwestii. Czytaj więcej

Gdy kupujesz alkohol i wciąż proszą cię o dowód…

Kiedyś:
Mam dwadzieścia lat. Kraków wieczorową porą, gdzieś przy Rynku Głównym. Jestem studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. W sklepie nocnym kupuję piwo (pewności nie mam ale przypuszczam, że był to poczciwy Lech w puszcze). Mam mocno umalowane oczy, makijaż świeżo zrobiony przed wyjściem, szerokie spodnie, obcisła bluzka. To było przed imprezą. Pani przy kasie prosi o dowód. Ja oburzona pokazuję jej dokument i pomrukuję coś pod nosem, że już od DWÓCH (!) lat jestem pełnoletnia. Pamiętam, że byłam zdziwiona i zła. Jak ona mogła nie zauważyć że jestem już dorosła?!

Dziś:
Piątek wieczór. Warszawa, osiedlowa Biedronka. Udaje mi się wymknąć samej z domu na małe zakupy, jest już 21 z minutami. W sklepie głównie młodzi ludzie, robią „wiadome” zaopatrzenie na wieczór i szybkie zakupy na weekend. Ja w dresach, puchowej długiej kurtce, żeby nie było widać tych dresów, i plecakiem mojego męża, bo poprosił o słoik ogórków i z tym plecakiem miało mi być łatwiej dźwigać… Zakupów trochę zrobiłam, w tym dwie Corony (meksykańskie piwo). I w tym momencie pani ekspedientka prosi mnie o dowód. Ja zażenowana szukam po portfelu, dopytując się „naprawdę?”, za chwilę to już pani jest zmieszana i przeprasza, bo ona w podobnym wieku i nie wierzy i takie tam, ja dalej zawstydzona burczę coś, że bez makijażu jestem (faktycznie nawet w lustro nie zerknęłam przed wyjściem, tusz pewnie rozmazany o tej porze po całym dniu), oczy mam spuszczone nawet na nią nie patrzę, próbuję się uśmiechać, i ona się pyta jak ja to robię, no to jej powiedziałam „wie pani, ja mam dzieci”. Boże drogi, jakie to było głupie i bez sensu… i co z tego, że mam dzieci? To ma tłumaczyć dlaczego tak młodo wyglądam, czy dlaczego nie mam makijażu, albo mam jego resztki pod oczami? Bridget Jones jak nic…
No ale pomyśleć, że to prawdopodobnie ostatni raz kiedy ktoś poprosił mnie o dowód przy kupnie alkoholu. Dobrze, że chociaż to sobie zapisałam.

A te zdjęcia nie mają nic wspólnego z tematem. Zupełnie trzeźwy i przyzwoity spacer rodzinny. Warszawa.
#warszawa #parksaski #jesień

Nawet Rocky Balboa mnie nie pokona. W babie siła.

Chciałabym się pochwalić, że jestem Supermamą. Właśnie sobie uświadomiłam ten fakt, chodzę dumna jak paw i cały czas powtarzam mężowi jaka jestem super. I okazuje się, że mam więcej supermocy niż niejeden superbohater. Na dowód wszystko tu przedstawię.
Jestem super silna. Podnoszę 8 kg na lewej ręce i 13 kg na prawej jednocześnie! A to wszystko bez chodzenia na siłownie. Jestem szybka niczym błyskawica. Wyobraźcie sobie, że w ciągu 10 minut (tyle mniej więcej trwa odcinek „Strażaka Sama”) ja sprzątam całe mieszkanie: nastawiam pranie, ogarniam zmywarkę, sprzątam kuchnie, ścielę łóżka, w miedzy czasie wypijam kawę, ubieram się i maluję. Jestem Supermamą, bo całuję po stópkach, pupci, pod pachami i znam najgłupsze piosenki świata o żabkach, rybkach, Ojcu Wirgiliuszu…. A gdy taka Supermama ma baterie na wyczerpaniu to wiecie co robi? Pogłaśnia radio na ile może i tańczy, jakby cofnęła się na studia, i była na dyskotece. A to dzieciaki uwielbiają najbardziej. Gdy matka szaleje.

Supermama wie, że dziecko jest zmęczone i chce spać zanim jeszcze dziecko to wie. To prawie jak Chuck Norris, prawda? Supermama przewiduje katar i inne choróbska u dziecka. Moja Supermama na przykład, zawsze mówiła „oczy ci się świecą, będziesz chora”, – tę supermoc musiałam odziedziczyć po niej. Supermama ma też superinstynkt, którego niestety nie ma Supertata. Budzimy się w nocy, bo coś nie daje nam spać, zaglądamy do pokoju dziecka, no tak, odkryte! To niesamowite ile matki mają supermocy. A najlepsze jest to, że w codziennych trudach bycia Super, mamy jeszcze czas na zakupy (co z tego, że przez internet), plotki przez telefon, przytulańce z supermężem, pieczenie superwypieków.
Chyba się nie doceniamy drogie Mamy. Dopóki nie miałam dzieci, życie wydawało się do ogarnięcia. Przy dwójce dzieciaków nie mam dla mnie rzeczy niemożliwych.

Karaluchy w mojej kuchni, czyli słodkie życie bez cukru

„Jest coraz gorzej. Błąkam się po kuchni, otwieram szafki, szukam co by tu zjeść, żeby zaspokoić głód. Nie pomaga kanapka z serem… Tak naprawdę wcale nie jestem głodna. To mój mózg dopomina się zastrzyku energii w postaci cukru. Nie mogę już patrzeć na daktyle. Wyglądają jak zasuszone karaluchy. Co z tego że słodkie, to nie to. Pomagają przez chwilę orzechy. Najlepsze są nerkowce. Słodkie i miękkie. Zjadam je garściami. Mam świadomość, ze za parę dni odpokutuje to wysypką na dekolcie.”

Tak pisałam gdy byłam na detoksie od cukru. I od słodyczy. Po urodzeniu dziecka i ciągłym niedosypianiu, karmieniu małego, mój organizm ciągle domagał się zastrzyku energii w postaci cukru. Pochłaniałam wszystko jak odkurzacz, nawet tabliczkę czekolady (żeby nie powiedzieć „tablicę”) w rozmiarze XXL też zjadłam na raz, sama, pewnego wieczoru. I to nie żadna bulimia, żadne tam problemy… Tak naprawdę zanim moja gospodarka hormonalna złapała jakąś równowagę po porodzie, miałam właśnie taki wilczy głód na słodycze. Potem przyszedł detoks (wyrzutów sumienia nie było końca). Ale żeby był kompletny musiałam odmawiać wszystkiego co zawierało cukier. Jedyne na co mogłam sobie pozwolić to słodkie daktyle, bo być może również kaloryczne, ale zdrowe. I to one były moim „ciastkiem” do kawy. Myślałam, że wytrwam w takim celibacie już na zawsze, że można tak żyć. I powiem wam, można. Ale ja świadomie na to się nie decyduję. Zdecydowałam się jednak na rozsądne podejście do tej nurtującej kwestii „jeść czy nie jeść”. Jem ale z umiarem i najlepiej gdy te słodkie pyszności tworzę sama w swojej kuchni a nie kupuję w sklepie. I jeśli czekolada to gorzka i dobrej marki, co z tego że droga jeśli i tak będę ją jadła przez tydzień 😉 Kolejny raz postawiłam na złoty środek. Odzyskałam równowagę i władzę na sobą. I powoli zatracam się w pieczeniu. Bo można jeść słodko, zdrowo, smacznie.

Przy tej okazji przedstawiam Wam przepis na genialną szarlotkę z orzechami, której przepis znalazłam w książce Moniki Waleckiej, kucharki i blogerki kulinarnej. Przetestowałam już kilka raz, nawet ze śliwką. Ciasto zawsze się udaje i smakuje nieziemsko.

Składniki:

ciasto:
1 szklanka orzechów włoskich,
250 g mąki,
150 g masła,
łyżeczka proszku do pieczenia,
100 g cukru pudru,
3 żółtka.

nadzienie:
6 dużych jabłek,
3 łyżki masła,
100 g rodzynek,
2 łyżki miodu,
1 łyżeczka cynamonu

beza:
3 białka,
3 łyżki cukru waniliowego

Wykonanie:
Orzechy uprażyć na suchej patelni, mogą się nawet lekko przypalić. Zmielić na pył w blenderze i zostawić do ostygnięcia.

Mąkę przesiać z cukrem pudrem, proszkiem do pieczenia i zmielonymi orzechami. Dodać masło i posiekać wszystkie składniki, dodać zółtka i szybko zagnieść ciasto. Podzielić na dwie nierówne części. Mniejszą włożyć do zamrażarki a większą wylepić tortownicę (24 cm), tak aby boki były co najmniej do połowy. Ciasto nakłuć widelcem i wstawić do lodówki na około 2 godziny.

W rondelku rozpuścić masło, wrzucić jabłka obrane ze skórki i pokrojone w plastry. Dodać rodzynki, miód i cynamon, i dusić, aż wyparuje cały sok i jabłka zmienią się w mus. Odstawić do ostygnięcia.

Białka ubić na sztywno, pod koniec dodać cukier waniliowy. Piana powinna być błyszcząca i sztywna. Piekarnik nastawić na 175 stopni.

Na spód ciasta wyłożyć jabłka, następnie bezę i równać łyżką. Kulkę ciasta można już wyjąć z zamrażarki, zetrzeć na tarce, posypać wierzch ciasta. Piec 45 minut.

Udanych wypieków!

„Konkurs na żonę” – recenzja książki

Przypadkowo na mojej półce z książkami znalazła się powieść „Konkurs na żonę” polskiej pisarki Beaty Majewskiej. Sięgnęłam po nią i przepadłam. W życiu przeczytałam naprawdę wiele książek, od Agathy Christie, od której zaczął się mój romans z kryminałem, po literaturę psychologiczną, trudną jak Dostojewski, Tołstoj, ale nie omijałam też kasowych pozycji współczesnych jak na przykład trylogia o Grey’u („50 twarzy Greay’a”), której jestem wielką fanką. I teraz czytam sobie taką prostą powieść o miłości, o Krakowie, o perypetiach początkującej studentki z bogatym amantem. Nie jest to nic odkrywczego ale czyta się naprawdę nieźle. Książkę można śmiało zaliczyć do kategorii rozrywka bo „połyka” się ją w kilka wieczorów. A to duży plus. Każdy potrzebuje wieczorem oderwać umysł od problemów. Czytanie książek przed snem jest znakomitym relaksem pod warunkiem, że nasz umysł nie męczy się tym czytaniem.

„Konkurs na żonę” to historia miłosna Łucji i Hugona. Hugo jest trzydziestoletnim kawalerem, który musi się ustatkować jak najprędzej, bo inaczej nie wypełni testamentu swojego wuja i nie otrzyma po nim spadku. Choć Hugo to bogaty młody człowiek, ambitny prawnik, to jednak nie może przepuścić takiej okazji i organizuje konkurs na żonę. I tu pojawia się naiwna i niczego nieświadoma Łucja. Prosta ale mądra dziewczyna z podkrakowskiej wsi. Konfrontacja tych dwojga da efekt zabawny ale też romantyczny. Widzę sporo nawiązań do Grey’a, autorka z pewnością inspirowała się historią Christiana i Anastasi.

Kłótnie małżeńskie i co z nich wynika

Kiedyś pokłóciłam się z mężem, że nie gotuje, że się nie stara, że wszystko ja, i takie tam durnoty…. Hormony, jak nic. Gdy przyszła skrucha i wyrzuty sumienia, przeprosiłam go, i żeby nie było mu przykro, że wytknęłam mu jego brak kulinarnych aspiracji rzekłam: „nie martw się, nie każdy jest Gordonem w kuchni…”. Bardziej jednak do siebie powinnam była skierować te słowa. Oczekujemy zbyt wiele od tej drugiej osoby. Stąd biorą się niepotrzebne konflikty. Nagle próbujemy formować naszego partnera, zapominając o podstawowej zasadzie udanego związku: AKCEPTACJA.

Może i chciałabym mieć podany trzydaniowy obiad co drugi dzień (przy jednoczesnym porządku w kuchni!) ale to nierealne. Mój mąż nigdy nie będzie gotować zawzięcie i z pasją jak Gordon Ramsay, on po prostu tego nie czuje. Kwestia nakarmienia rodziny spoczywa na moich barkach. Ale za to, z nikim nie czuję się tak bezpiecznie w samochodzie jak z moim mężem. Bo z niego jest prawdziwy Kubica (w przeciwieństwie do mnie, o czym ciągle muszę mu przypominać, ja Kubicą nie jestem, typowa baba za kółkiem).

Każdy z nas jest w czymś dobry. Owszem, możemy dokształcać się na innym polu, uczyć się nowych rzeczy i być otwarci na nie. Tylko nie powinniśmy wypominać tego innym. Nie można być doskonałym we wszystkim, ba, nie warto nawet! Lepiej skupić się na kilku rzeczach niż brać wszystko na raz. W pewnych sprawach warto być przeciętnym. Ze mnie na przykład taka ppd (perfekcyjna pani domu), że po wyjściu z Lidla pogubiłam ziemniaki na parkingu. Zgrywałam niezależną i pewną siebie laskę (w końcu bez dzieci! niemamuśka!), która wyskoczyła na małe zakupy i wraca do auta, wiatr we włosach, skóra błyszczy i nagle bach, siatka się urwała. Pewna siebie pozbierałam, ale nie ominęła mnie konfrontacja, z takim że też pewnym siebie panem, który także wybrał się na małe zakupy do Lidla: „ziemniaki pani pogubiła, proszę jeszcze jeden”, i wręczył mi ziemniaka. Wróciłam na ziemię. Wniosek jest następujący, nie świrujmy, bądźmy sobą. I nie oczekujmy też od kogoś aby był kimś innym.

Nie każdy jest Gordonem i umie gotować, nie każdy ma pedantyzm we krwi i porządek dookoła, nie każdy kocha sztukę i będzie biegał z wami po muzeach, nie każdy ma twardy łeb i będzie wam dotrzymywał kroku w piciu.

Na koniec takim inteligenckim cytatem rzucę: „Zanim zaczniesz być kimś, najpierw bądź samym sobą”. – Fiodor Dostojewski 😎

I kilka zdjęć, bo jesień wciąż piękna.

Komu w drogę…

Uwielbiam podróżować. Wszędzie gdzie się da, byleby tylko ruszyć tyłek. Czy to na Kanary czy do babci na święta. Byleby tylko zmienić otoczenie na chwilę. Bo ja lubię zmiany, ale tylko te, przeze mnie kontrolowane. Wyjazdy należą do nich częściowo. Częściowo, ponieważ od jakiegoś czasu, moje autorytarne rządy są notorycznie zagłuszane przez Małą Księżną i Małego Księciunia. Już nic nie jest takie jak było. Ale powoli, powolutku nabieram coraz większej kontroli nad wyjazdami. Bo sam pobyt to rybka. Najgorszy jest właśnie rejs! Wszyscy to znamy. Choć wiem, że są takie małe osobniki, które śpią bez zająknięcia jak tylko znajdą się w aucie. My tego szczęścia nie doświadczyliśmy. Jęki, krzyki, dziki płacz, zawodzenie, łzy, szarpanie się z pasami. Stopniowo doświadczamy coraz więcej. Wstajemy o trzeciej nad ranem byleby tylko jechać w czasie ich snu, aby jak najmniej dziatki wymęczyły się podróżą… Ale i tak się obudzą i tak. I będą drzeć się na każdych światłach. I będą się buntować, gdy jazda ich znuży, w ruch pójdzie tablet, książeczki, słodycze, byleby tylko dojechać na miejsce… Ostatnim hitem jest u nas piosenka”Pani” Grzegorza Hyżego, Księciunio zasypia jak tylko go usłyszy. Przywykliśmy. Już nawet nas nie ruszają te zawodzenia. Ba, mniej wydajemy na kawę i napoje energetyczne. Nic tak nie pobudza jak dziatki w aucie 😆

Nasza weekendowa podróż. Ilość przebytych kilometrów: 900. Ilość snu 3h 30 min.

Budzik dzwoni, trzeba wstać…

Kto wcześnie wstaje, ten ma dzieci wiadomo, albo psa, albo po prostu wstaje do pracy. Nie ma zmiłuj, wszyscy mamy jakieś obowiązki. Deficyt snu to chyba najbardziej powszechna bolączka naszej cywilizacji. No bo, z ciągłego braku czasu na wszystko, oszczędzamy na śnie. I tak, chodzi już drugą dekadę zombi po świecie. Niewyspane matki, niewyspani ojcowie, niewyspani alkoholicy, niewyspani pracoholicy, niewyspana młodzież, niewyspani studenci. Na sen nigdy już nie wezmę nic, jak śpiewała Urszula, nie trzeba bo mam dzieci, ja tylko zamknę oczy i śpię. Mój mąż zasypia przy usypianiu córki, zasypia, gdy czyta książkę, zasypia gdy trzyma Młodego na rękach (wczoraj!) i zasypia na kazaniu w kościele. Tak, na stojąco! Ja zasypiam 15 minut po włączeniu filmu, na który napalałam się od miesiąca, zasypiam gdy wsiądę do samochodu, i prawdopodobnie zasnęłabym w każdej chwili i sytuacji, gdybym nie musiała zajmować się dziećmi. I jeszcze, od trzech lat, nie przespałam ciągiem ani jednej nocy, mówiąc inaczej, nie śpię od trzech lat. Straszne. Ale pocieszam się, że sąsiedzi z dołu mają tak samo. Pociesza mnie nawet, to że Kasieńka leci na spacer z psem o 5 rano (śmieję się szyderczo 😆 ). Może kiedyś pośpię sobie do południa, spróbuję, pogadam z mężem, na pewno zrozumie, najwyżej będzie sobota bez sprzątania albo niedziela bez obiadu . Życzę wszystkim, żeby spali póki mogą, nie ma nic lepszego niż porządnie pospać. I miłego czwartku, bo zaraz piątek i kto ma dobrze ten ma weekend. A ja idę łapać jeszcze pięć minut snu póki bąki śpią, a potem jak to śpiewał Łona „kawa, moja wspaniała kawa…”.

Najnowsze komentarze

    Archiwa

    O mnie

    Życie jest proste. Szczęście jest w naszej głowie. Wierzę, że w życiu wszystko zależy od nas samych, to my je kreujemy. Niczego nie szukam, bo mam wszystko. Czasem tylko trochę więcej słońca by się przydało.

    Obecnie moje życie jest przepełnione obowiązkami domowymi i opieką nad dwójką maluchów. I cieszę się, każdą chwilą, którą mogę spędzić w ten sposób. Życie jest piękne w każdym momencie.