Gdy kupujesz alkohol i wciąż proszą cię o dowód…

Kiedyś:
Mam dwadzieścia lat. Kraków wieczorową porą, gdzieś przy Rynku Głównym. Jestem studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. W sklepie nocnym kupuję piwo (pewności nie mam ale przypuszczam, że był to poczciwy Lech w puszcze). Mam mocno umalowane oczy, makijaż świeżo zrobiony przed wyjściem, szerokie spodnie, obcisła bluzka. To było przed imprezą. Pani przy kasie prosi o dowód. Ja oburzona pokazuję jej dokument i pomrukuję coś pod nosem, że już od DWÓCH (!) lat jestem pełnoletnia. Pamiętam, że byłam zdziwiona i zła. Jak ona mogła nie zauważyć że jestem już dorosła?!

Dziś:
Piątek wieczór. Warszawa, osiedlowa Biedronka. Udaje mi się wymknąć samej z domu na małe zakupy, jest już 21 z minutami. W sklepie głównie młodzi ludzie, robią „wiadome” zaopatrzenie na wieczór i szybkie zakupy na weekend. Ja w dresach, puchowej długiej kurtce, żeby nie było widać tych dresów, i plecakiem mojego męża, bo poprosił o słoik ogórków i z tym plecakiem miało mi być łatwiej dźwigać… Zakupów trochę zrobiłam, w tym dwie Corony (meksykańskie piwo). I w tym momencie pani ekspedientka prosi mnie o dowód. Ja zażenowana szukam po portfelu, dopytując się „naprawdę?”, za chwilę to już pani jest zmieszana i przeprasza, bo ona w podobnym wieku i nie wierzy i takie tam, ja dalej zawstydzona burczę coś, że bez makijażu jestem (faktycznie nawet w lustro nie zerknęłam przed wyjściem, tusz pewnie rozmazany o tej porze po całym dniu), oczy mam spuszczone nawet na nią nie patrzę, próbuję się uśmiechać, i ona się pyta jak ja to robię, no to jej powiedziałam „wie pani, ja mam dzieci”. Boże drogi, jakie to było głupie i bez sensu… i co z tego, że mam dzieci? To ma tłumaczyć dlaczego tak młodo wyglądam, czy dlaczego nie mam makijażu, albo mam jego resztki pod oczami? Bridget Jones jak nic…
No ale pomyśleć, że to prawdopodobnie ostatni raz kiedy ktoś poprosił mnie o dowód przy kupnie alkoholu. Dobrze, że chociaż to sobie zapisałam.

A te zdjęcia nie mają nic wspólnego z tematem. Zupełnie trzeźwy i przyzwoity spacer rodzinny. Warszawa.
#warszawa #parksaski #jesień

Nawet Rocky Balboa mnie nie pokona. W babie siła.

Chciałabym się pochwalić, że jestem Supermamą. Właśnie sobie uświadomiłam ten fakt, chodzę dumna jak paw i cały czas powtarzam mężowi jaka jestem super. I okazuje się, że mam więcej supermocy niż niejeden superbohater. Na dowód wszystko tu przedstawię.
Jestem super silna. Podnoszę 8 kg na lewej ręce i 13 kg na prawej jednocześnie! A to wszystko bez chodzenia na siłownie. Jestem szybka niczym błyskawica. Wyobraźcie sobie, że w ciągu 10 minut (tyle mniej więcej trwa odcinek „Strażaka Sama”) ja sprzątam całe mieszkanie: nastawiam pranie, ogarniam zmywarkę, sprzątam kuchnie, ścielę łóżka, w miedzy czasie wypijam kawę, ubieram się i maluję. Jestem Supermamą, bo całuję po stópkach, pupci, pod pachami i znam najgłupsze piosenki świata o żabkach, rybkach, Ojcu Wirgiliuszu…. A gdy taka Supermama ma baterie na wyczerpaniu to wiecie co robi? Pogłaśnia radio na ile może i tańczy, jakby cofnęła się na studia, i była na dyskotece. A to dzieciaki uwielbiają najbardziej. Gdy matka szaleje.

Supermama wie, że dziecko jest zmęczone i chce spać zanim jeszcze dziecko to wie. To prawie jak Chuck Norris, prawda? Supermama przewiduje katar i inne choróbska u dziecka. Moja Supermama na przykład, zawsze mówiła „oczy ci się świecą, będziesz chora”, – tę supermoc musiałam odziedziczyć po niej. Supermama ma też superinstynkt, którego niestety nie ma Supertata. Budzimy się w nocy, bo coś nie daje nam spać, zaglądamy do pokoju dziecka, no tak, odkryte! To niesamowite ile matki mają supermocy. A najlepsze jest to, że w codziennych trudach bycia Super, mamy jeszcze czas na zakupy (co z tego, że przez internet), plotki przez telefon, przytulańce z supermężem, pieczenie superwypieków.
Chyba się nie doceniamy drogie Mamy. Dopóki nie miałam dzieci, życie wydawało się do ogarnięcia. Przy dwójce dzieciaków nie mam dla mnie rzeczy niemożliwych.

Karaluchy w mojej kuchni, czyli słodkie życie bez cukru

„Jest coraz gorzej. Błąkam się po kuchni, otwieram szafki, szukam co by tu zjeść, żeby zaspokoić głód. Nie pomaga kanapka z serem… Tak naprawdę wcale nie jestem głodna. To mój mózg dopomina się zastrzyku energii w postaci cukru. Nie mogę już patrzeć na daktyle. Wyglądają jak zasuszone karaluchy. Co z tego że słodkie, to nie to. Pomagają przez chwilę orzechy. Najlepsze są nerkowce. Słodkie i miękkie. Zjadam je garściami. Mam świadomość, ze za parę dni odpokutuje to wysypką na dekolcie.”

Tak pisałam gdy byłam na detoksie od cukru. I od słodyczy. Po urodzeniu dziecka i ciągłym niedosypianiu, karmieniu małego, mój organizm ciągle domagał się zastrzyku energii w postaci cukru. Pochłaniałam wszystko jak odkurzacz, nawet tabliczkę czekolady (żeby nie powiedzieć „tablicę”) w rozmiarze XXL też zjadłam na raz, sama, pewnego wieczoru. I to nie żadna bulimia, żadne tam problemy… Tak naprawdę zanim moja gospodarka hormonalna złapała jakąś równowagę po porodzie, miałam właśnie taki wilczy głód na słodycze. Potem przyszedł detoks (wyrzutów sumienia nie było końca). Ale żeby był kompletny musiałam odmawiać wszystkiego co zawierało cukier. Jedyne na co mogłam sobie pozwolić to słodkie daktyle, bo być może również kaloryczne, ale zdrowe. I to one były moim „ciastkiem” do kawy. Myślałam, że wytrwam w takim celibacie już na zawsze, że można tak żyć. I powiem wam, można. Ale ja świadomie na to się nie decyduję. Zdecydowałam się jednak na rozsądne podejście do tej nurtującej kwestii „jeść czy nie jeść”. Jem ale z umiarem i najlepiej gdy te słodkie pyszności tworzę sama w swojej kuchni a nie kupuję w sklepie. I jeśli czekolada to gorzka i dobrej marki, co z tego że droga jeśli i tak będę ją jadła przez tydzień 😉 Kolejny raz postawiłam na złoty środek. Odzyskałam równowagę i władzę na sobą. I powoli zatracam się w pieczeniu. Bo można jeść słodko, zdrowo, smacznie.

Przy tej okazji przedstawiam Wam przepis na genialną szarlotkę z orzechami, której przepis znalazłam w książce Moniki Waleckiej, kucharki i blogerki kulinarnej. Przetestowałam już kilka raz, nawet ze śliwką. Ciasto zawsze się udaje i smakuje nieziemsko.

Składniki:

ciasto:
1 szklanka orzechów włoskich,
250 g mąki,
150 g masła,
łyżeczka proszku do pieczenia,
100 g cukru pudru,
3 żółtka.

nadzienie:
6 dużych jabłek,
3 łyżki masła,
100 g rodzynek,
2 łyżki miodu,
1 łyżeczka cynamonu

beza:
3 białka,
3 łyżki cukru waniliowego

Wykonanie:
Orzechy uprażyć na suchej patelni, mogą się nawet lekko przypalić. Zmielić na pył w blenderze i zostawić do ostygnięcia.

Mąkę przesiać z cukrem pudrem, proszkiem do pieczenia i zmielonymi orzechami. Dodać masło i posiekać wszystkie składniki, dodać zółtka i szybko zagnieść ciasto. Podzielić na dwie nierówne części. Mniejszą włożyć do zamrażarki a większą wylepić tortownicę (24 cm), tak aby boki były co najmniej do połowy. Ciasto nakłuć widelcem i wstawić do lodówki na około 2 godziny.

W rondelku rozpuścić masło, wrzucić jabłka obrane ze skórki i pokrojone w plastry. Dodać rodzynki, miód i cynamon, i dusić, aż wyparuje cały sok i jabłka zmienią się w mus. Odstawić do ostygnięcia.

Białka ubić na sztywno, pod koniec dodać cukier waniliowy. Piana powinna być błyszcząca i sztywna. Piekarnik nastawić na 175 stopni.

Na spód ciasta wyłożyć jabłka, następnie bezę i równać łyżką. Kulkę ciasta można już wyjąć z zamrażarki, zetrzeć na tarce, posypać wierzch ciasta. Piec 45 minut.

Udanych wypieków!

Kłótnie małżeńskie i co z nich wynika

Kiedyś pokłóciłam się z mężem, że nie gotuje, że się nie stara, że wszystko ja, i takie tam durnoty…. Hormony, jak nic. Gdy przyszła skrucha i wyrzuty sumienia, przeprosiłam go, i żeby nie było mu przykro, że wytknęłam mu jego brak kulinarnych aspiracji rzekłam: „nie martw się, nie każdy jest Gordonem w kuchni…”. Bardziej jednak do siebie powinnam była skierować te słowa. Oczekujemy zbyt wiele od tej drugiej osoby. Stąd biorą się niepotrzebne konflikty. Nagle próbujemy formować naszego partnera, zapominając o podstawowej zasadzie udanego związku: AKCEPTACJA.

Może i chciałabym mieć podany trzydaniowy obiad co drugi dzień (przy jednoczesnym porządku w kuchni!) ale to nierealne. Mój mąż nigdy nie będzie gotować zawzięcie i z pasją jak Gordon Ramsay, on po prostu tego nie czuje. Kwestia nakarmienia rodziny spoczywa na moich barkach. Ale za to, z nikim nie czuję się tak bezpiecznie w samochodzie jak z moim mężem. Bo z niego jest prawdziwy Kubica (w przeciwieństwie do mnie, o czym ciągle muszę mu przypominać, ja Kubicą nie jestem, typowa baba za kółkiem).

Każdy z nas jest w czymś dobry. Owszem, możemy dokształcać się na innym polu, uczyć się nowych rzeczy i być otwarci na nie. Tylko nie powinniśmy wypominać tego innym. Nie można być doskonałym we wszystkim, ba, nie warto nawet! Lepiej skupić się na kilku rzeczach niż brać wszystko na raz. W pewnych sprawach warto być przeciętnym. Ze mnie na przykład taka ppd (perfekcyjna pani domu), że po wyjściu z Lidla pogubiłam ziemniaki na parkingu. Zgrywałam niezależną i pewną siebie laskę (w końcu bez dzieci! niemamuśka!), która wyskoczyła na małe zakupy i wraca do auta, wiatr we włosach, skóra błyszczy i nagle bach, siatka się urwała. Pewna siebie pozbierałam, ale nie ominęła mnie konfrontacja, z takim że też pewnym siebie panem, który także wybrał się na małe zakupy do Lidla: „ziemniaki pani pogubiła, proszę jeszcze jeden”, i wręczył mi ziemniaka. Wróciłam na ziemię. Wniosek jest następujący, nie świrujmy, bądźmy sobą. I nie oczekujmy też od kogoś aby był kimś innym.

Nie każdy jest Gordonem i umie gotować, nie każdy ma pedantyzm we krwi i porządek dookoła, nie każdy kocha sztukę i będzie biegał z wami po muzeach, nie każdy ma twardy łeb i będzie wam dotrzymywał kroku w piciu.

Na koniec takim inteligenckim cytatem rzucę: „Zanim zaczniesz być kimś, najpierw bądź samym sobą”. – Fiodor Dostojewski 😎

I kilka zdjęć, bo jesień wciąż piękna.

Komu w drogę…

Uwielbiam podróżować. Wszędzie gdzie się da, byleby tylko ruszyć tyłek. Czy to na Kanary czy do babci na święta. Byleby tylko zmienić otoczenie na chwilę. Bo ja lubię zmiany, ale tylko te, przeze mnie kontrolowane. Wyjazdy należą do nich częściowo. Częściowo, ponieważ od jakiegoś czasu, moje autorytarne rządy są notorycznie zagłuszane przez Małą Księżną i Małego Księciunia. Już nic nie jest takie jak było. Ale powoli, powolutku nabieram coraz większej kontroli nad wyjazdami. Bo sam pobyt to rybka. Najgorszy jest właśnie rejs! Wszyscy to znamy. Choć wiem, że są takie małe osobniki, które śpią bez zająknięcia jak tylko znajdą się w aucie. My tego szczęścia nie doświadczyliśmy. Jęki, krzyki, dziki płacz, zawodzenie, łzy, szarpanie się z pasami. Stopniowo doświadczamy coraz więcej. Wstajemy o trzeciej nad ranem byleby tylko jechać w czasie ich snu, aby jak najmniej dziatki wymęczyły się podróżą… Ale i tak się obudzą i tak. I będą drzeć się na każdych światłach. I będą się buntować, gdy jazda ich znuży, w ruch pójdzie tablet, książeczki, słodycze, byleby tylko dojechać na miejsce… Ostatnim hitem jest u nas piosenka”Pani” Grzegorza Hyżego, Księciunio zasypia jak tylko go usłyszy. Przywykliśmy. Już nawet nas nie ruszają te zawodzenia. Ba, mniej wydajemy na kawę i napoje energetyczne. Nic tak nie pobudza jak dziatki w aucie 😆

Nasza weekendowa podróż. Ilość przebytych kilometrów: 900. Ilość snu 3h 30 min.

Budzik dzwoni, trzeba wstać…

Kto wcześnie wstaje, ten ma dzieci wiadomo, albo psa, albo po prostu wstaje do pracy. Nie ma zmiłuj, wszyscy mamy jakieś obowiązki. Deficyt snu to chyba najbardziej powszechna bolączka naszej cywilizacji. No bo, z ciągłego braku czasu na wszystko, oszczędzamy na śnie. I tak, chodzi już drugą dekadę zombi po świecie. Niewyspane matki, niewyspani ojcowie, niewyspani alkoholicy, niewyspani pracoholicy, niewyspana młodzież, niewyspani studenci. Na sen nigdy już nie wezmę nic, jak śpiewała Urszula, nie trzeba bo mam dzieci, ja tylko zamknę oczy i śpię. Mój mąż zasypia przy usypianiu córki, zasypia, gdy czyta książkę, zasypia gdy trzyma Młodego na rękach (wczoraj!) i zasypia na kazaniu w kościele. Tak, na stojąco! Ja zasypiam 15 minut po włączeniu filmu, na który napalałam się od miesiąca, zasypiam gdy wsiądę do samochodu, i prawdopodobnie zasnęłabym w każdej chwili i sytuacji, gdybym nie musiała zajmować się dziećmi. I jeszcze, od trzech lat, nie przespałam ciągiem ani jednej nocy, mówiąc inaczej, nie śpię od trzech lat. Straszne. Ale pocieszam się, że sąsiedzi z dołu mają tak samo. Pociesza mnie nawet, to że Kasieńka leci na spacer z psem o 5 rano (śmieję się szyderczo 😆 ). Może kiedyś pośpię sobie do południa, spróbuję, pogadam z mężem, na pewno zrozumie, najwyżej będzie sobota bez sprzątania albo niedziela bez obiadu . Życzę wszystkim, żeby spali póki mogą, nie ma nic lepszego niż porządnie pospać. I miłego czwartku, bo zaraz piątek i kto ma dobrze ten ma weekend. A ja idę łapać jeszcze pięć minut snu póki bąki śpią, a potem jak to śpiewał Łona „kawa, moja wspaniała kawa…”.

Lubię jesień. Znów odkrywam ją na nowo.

Jesień ach to Ty… W momencie, gdy piszę ten post za oknem pada deszcz. Słońca nie widziałam już od dawna, zimny wiatr daje się odczuć przy otwartym oknie. A wydawało mi się, że wciąż trwa lato, wciąż jest sierpień. Nie, to październik. A zaraz listopad. To jesień. Pora spadających liści, i mokrych butów. Pora gdy okrywamy się wielkimi szalami i zakładamy rękawiczki bez palców. Pora gdy na nowo odkrywamy urok ciepłej herbaty. Jesień to czas kiedy oglądam najwięcej filmów, bo w końcu ile można spacerować w deszczu. Jesienią w mojej kuchni jest pomarańczowo, tak jak za oknem, robię krem z dyni, ciasto dyniowo-marchewkowe, dżem z jabłek. Pachnie cynamonem i imbirem. Z szafy wyciągam grube swetry i jestem szczęśliwa, że znów mogę je na siebie włożyć. Kozaki, jak ja tęskniłam za kozakami! I powoli zaczynające się wyprzedaże. Jesień jest cudowna. Trochę sentymentalna. Zamiast dać się wciągnąć jesiennej chandrze z braku słońca, proponuję inwestycję w kalosze. I w teren. Najlepiej z aparatem. Ja tylko czekam, aż małe brzdące się obudzą i ruszamy. Uwielbiam zapach powietrza tuż po deszczu. Ach ty Jesień.

Macie swoje rytuały?

Kiedyś zaśmiałam się pod nosem gdy znajoma opowiadała, jak to ma swój niedzielny rytuał przygotowywania i picia kawy. Rytuał… – pomyślałam.
Z czasem uświadomiłam sobie, jaka to genialna myśl, mieć swój własny rytuał. Coś co bez względu na okoliczności sprowadza mnie do stanu przyjemności. Kiedyś miałam więcej rytuałów, i nawet nie byłam tego świadoma, no bo też czasu było więcej, człowiek nie wnikał i nie analizował obecnej chwili. Wieczorem zawsze była telewizja, ulubiony serial, rano, wiadomo, owsianka i tvn24 przed pracą, książka w autobusie, wyjście do baru w piątkowe popołudnie. Świat zmienił się gdy urodziły się dzieci. Rytuał brzmi jak coś abstrakcyjnego, coś niepowtarzalnego. Wieczór sam na sam z mężem zaczyna się o 22 (od paru miesięcy tak zasypiają nam dzieci), sobota i niedziela to zawsze wielka bomba zadaniowa (pranie, sprzątanie, zakupy, kościół, znajomi, spacer), i znów gdzie tu czas na rytuały. Choćbym bardzo chciała, aby nasze życie rodzinne było uporządkowane, posiłki i drzemki o stałych porach (rutyna!), to powiem szczerze, przy dwójce dzieci jest trudno. Dziecko zmienia się z każdym miesiącem i zmieniają się też jego nawyki. To ja się musze dopasować. Ale odbiegam od tematu i niepotrzebnie straszę przyszłe mamy. Przede wszystkim nic bardziej nie ubarwia naszego nudnego życia niż dzieci. To nie tylko ich zabawki czynią nasze mieszkanie kolorowym, żyjąc w tym chaosie i natłoku doświadczeń człowiek naprawdę jest szczęśliwy i spełniony. I zmęczony owszem, ale to marginalne uczucie.

Rytuały powinny być naszym świadomym wyborem na każdym etapie życia. Są ważne bo dają nam chwilę oddechu i poczucie, że proste rzeczy czynią nas szczęśliwym. Bo to nie skok ze spadochronem daje szczęście. Szczęście daje coroczny wyjazd do babci na wieś, lepienie pierogów z mamą w Wigilię, słuchanie bulgotu wody w kawiarce i delektowanie się zapachem kawy, kąpiel przy świecach z ulubioną muzyką raz w miesiącu gdy dzieci pozwolą ci dłużej posiedzieć w łazience. To są te momenty gdy nie pędzimy i nic nie musimy, a przede wszystkim robimy coś dla siebie. Wbrew pozorom nie dla ciała a dla duszy.

Gdy w twoim życiu pojawi się dziecko…

Życie z dwójką małych dzieci to nie lada wyzwanie. Poza karmieniem i zmianą pieluszki co pół godziny u Małego Bąka, muszę jeszcze ugotować Małej Damie, która na wszystko mówi „ble” (jedno z niewielu słów, które tak ładnie wypowiada), nastawić pranie, bo to nigdy się nie kończy a mój mąż od zawsze bezwstydnie przyznaje się, że nie umie (choć tyle razy już to robił). Przysiadów też sobie nie żałuję, więc co krok po coś kucam, coś podnoszę, zanoszę do śmieci…

Jakiś czas temu byliśmy z Damą (Bączek jeszcze w brzuchu) u znajomego bezdzietnego małżeństwa. Mieszkanie wykańczali w tym samym roku co my, no ale u nich wiadomo… Sterylnie, monochromatycznie (biel i czerń zgodnie z trendami, i brak kolorowych zabawek w każdym kącie), tak jakoś spokojnie. No i oni też spokojni, trochę wydawali się znudzeni. Ona upiekła szarlotkę, on zrobił kawę z kapsułki, poopowiadali co słychać: głównie praca, może jakiś wyjazd do Azji, a jak wrócą to już pewnie pomyślą nad potomstwem, w końcu już parę lat po ślubie. I tu nagle on pyta, mina jego poważna z nutą przerażenia: jak wygląda dzień z takim małym dzieckiem? Milion obrazków przebiegło mi przez głowę. Chyba najśmieszniejszy w tym zapytaniu był jego wyraz twarzy kontrastujący z potokiem słów, które chciały się wylać z moich ust… Prawda jest brutalna, nie chcę ich zniechęcać. No bo co mamy mu powiedzieć. Jak to, jak wygląda? Zupełnie inaczej! Wyobraź sobie, że nie ma już leniwego niedzielnego popołudnia i trzygodzinnego posiedzenia z House of Cards. Dzień zaczynasz rano i nie ma zmiłuj, zaakceptuj, że nigdy w weekend nie pośpisz dłużej, no chyba że do ósmej… Pociesz się, że wciąż możesz pić tą samą dobrą kawę z ekspresu tylko, że zimną, no chyba że szybko pijesz. Monotonia – brak. Aktywność – 24h. Poziom zestresowania – jak sinusoida. Jeśli jesteś facetem to nagle uświadamiasz sobie że niesiesz swojej małej damie różowy plecaczek i wcale nie przeszkadza ci ten dziki róż, dość szybko uczysz się wiązać kucyki i warkocze i zakochujesz się na nowo. Poziom zmęczenia 100%, poziom satysfakcji 200%.

To chyba tak wygląda z dzieciakami. Życie z nimi nie jest łatwe ale z pewnością ciekawsze. I cieszę się że rosną i się zmieniają, to każdy nasz dzień czyni innym. Gdzieś na jakimś szczeblu szukam monotonii bo ją po prostu lubię, wydłubuję odrobinę czasu na własne rytuały, jak kąpiel, chwila z książką, piątkowy wieczór z mężem. Ale tak naprawdę, to muszę się poświęcić aby wychować to życie które stworzyliśmy, i zachować w tym wszystkim radość i beztroskę, nie myśleć o zmęczeniu.

Najnowsze komentarze

    Archiwa

    O mnie

    Życie jest proste. Szczęście jest w naszej głowie. Wierzę, że w życiu wszystko zależy od nas samych, to my je kreujemy. Niczego nie szukam, bo mam wszystko. Czasem tylko trochę więcej słońca by się przydało.

    Obecnie moje życie jest przepełnione obowiązkami domowymi i opieką nad dwójką maluchów. I cieszę się, każdą chwilą, którą mogę spędzić w ten sposób. Życie jest piękne w każdym momencie.