Kiedy nie ma taty w domu… Wycieczka z dziećmi

Z dziećmi to jest tak, że jak nie zęby to katar, jak nie katar to kleszcz, jak nie kleszcz to trzydniówka, jak nie trzydniówka to biegunka… Czyli zawsze coś :). I za nic nie można do tego przywyknąć.

U nas właśnie kończy się kolejny epizod chorobowy, więc umęczona siedzeniem z dziećmi w domu, już z samego rana wybrałam się z nimi na spacer. Minęło dobre pół godziny nim udało mi się ich złapać i przygotować do wyjścia. Już lekko zmęczona zeszłam na dół, niosąc Młodego pod jedną  i rowerek Róży pod drugą pachą, by na dole dowiedzieć się, że nie ma wózka, a to znaczy, że jest w aucie a kluczyki zostały w domu… Zaciskam zęby, w myślach już dzwonię do Marcina (#@&$¥#), wtaczam się z Nikosiem z powrotem na górę, na trzecie piętro, nie ma windy, Róża czeka na dole z rowerkiem. Parę minut później Nikoś już siedzi zapakowany w wózku, Róża na rowerku – jedziemy. Pot ze mnie spływa, a to dopiero początek spaceru.

Czytaj więcej

Jak wyprawić przyjęcie urodzinowe dziecka i nie zwariować

Tydzień temu wyprawialiśmy przyjęcie urodzinowe dla naszej Róży. Siliłam się aby było fajnie, fajnie dla dzieciaków. Z czasem pewnie nabiorę wprawy, póki co wciąż się uczę. Ale wiedza zdobyta nie pójdzie w las. Moje notatki z cyklu: jak wyprawić przyjęcie urodzinowe dla dziecka i nie zwariować:

Czytaj więcej

Czy kiedyś doba była dłuższa? Rozważania, wcale nie filozoficzne, na temat czasu.

Zaczął się Nowy rok. A ja, zamiast entuzjastycznie realizować postanowienia noworoczne, kolejny wieczór spędzam na nieefektywnym usypianiu młodzieńca. Zmęczona rolą matki i obowiązkami domowymi, zastanawiam się jak kiedyś nasze mamy dawały sobie radę, kiedy nie było tych wszystkich udogodnień, które są teraz? Dla mnie doba jest za krótka o jakieś cztery godziny, brakuje mi dwóch godzin na czas dla siebie i dwóch godzin na dodatkowy sen. Ale piszę z perspektywy osoby zajmującej się domem i dwójką małych dzieci na co dzień, tzw. mama 24h. Znana również jako Supermama lub Wielozadaniowiec. Nie rozumiem, jakim cudem mając pralkę, zmywarkę, wszystkie te kuchenne urządzenia, pampersy, interaktywne zabawki dla dzieci, ciepłą wodę non stop i ogrzewanie, ja ciągle uczestniczę w gonitwie codziennych obowiązków.

Czytaj więcej

Nawet Rocky Balboa mnie nie pokona. W babie siła.

Chciałabym się pochwalić, że jestem Supermamą. Właśnie sobie uświadomiłam ten fakt, chodzę dumna jak paw i cały czas powtarzam mężowi jaka jestem super. I okazuje się, że mam więcej supermocy niż niejeden superbohater. Na dowód wszystko tu przedstawię.
Jestem super silna. Podnoszę 8 kg na lewej ręce i 13 kg na prawej jednocześnie! A to wszystko bez chodzenia na siłownie. Jestem szybka niczym błyskawica. Wyobraźcie sobie, że w ciągu 10 minut (tyle mniej więcej trwa odcinek „Strażaka Sama”) ja sprzątam całe mieszkanie: nastawiam pranie, ogarniam zmywarkę, sprzątam kuchnie, ścielę łóżka, w miedzy czasie wypijam kawę, ubieram się i maluję. Jestem Supermamą, bo całuję po stópkach, pupci, pod pachami i znam najgłupsze piosenki świata o żabkach, rybkach, Ojcu Wirgiliuszu…. A gdy taka Supermama ma baterie na wyczerpaniu to wiecie co robi? Pogłaśnia radio na ile może i tańczy, jakby cofnęła się na studia, i była na dyskotece. A to dzieciaki uwielbiają najbardziej. Gdy matka szaleje.

Supermama wie, że dziecko jest zmęczone i chce spać zanim jeszcze dziecko to wie. To prawie jak Chuck Norris, prawda? Supermama przewiduje katar i inne choróbska u dziecka. Moja Supermama na przykład, zawsze mówiła „oczy ci się świecą, będziesz chora”, – tę supermoc musiałam odziedziczyć po niej. Supermama ma też superinstynkt, którego niestety nie ma Supertata. Budzimy się w nocy, bo coś nie daje nam spać, zaglądamy do pokoju dziecka, no tak, odkryte! To niesamowite ile matki mają supermocy. A najlepsze jest to, że w codziennych trudach bycia Super, mamy jeszcze czas na zakupy (co z tego, że przez internet), plotki przez telefon, przytulańce z supermężem, pieczenie superwypieków.
Chyba się nie doceniamy drogie Mamy. Dopóki nie miałam dzieci, życie wydawało się do ogarnięcia. Przy dwójce dzieciaków nie mam dla mnie rzeczy niemożliwych.

Komu w drogę…

Uwielbiam podróżować. Wszędzie gdzie się da, byleby tylko ruszyć tyłek. Czy to na Kanary czy do babci na święta. Byleby tylko zmienić otoczenie na chwilę. Bo ja lubię zmiany, ale tylko te, przeze mnie kontrolowane. Wyjazdy należą do nich częściowo. Częściowo, ponieważ od jakiegoś czasu, moje autorytarne rządy są notorycznie zagłuszane przez Małą Księżną i Małego Księciunia. Już nic nie jest takie jak było. Ale powoli, powolutku nabieram coraz większej kontroli nad wyjazdami. Bo sam pobyt to rybka. Najgorszy jest właśnie rejs! Wszyscy to znamy. Choć wiem, że są takie małe osobniki, które śpią bez zająknięcia jak tylko znajdą się w aucie. My tego szczęścia nie doświadczyliśmy. Jęki, krzyki, dziki płacz, zawodzenie, łzy, szarpanie się z pasami. Stopniowo doświadczamy coraz więcej. Wstajemy o trzeciej nad ranem byleby tylko jechać w czasie ich snu, aby jak najmniej dziatki wymęczyły się podróżą… Ale i tak się obudzą i tak. I będą drzeć się na każdych światłach. I będą się buntować, gdy jazda ich znuży, w ruch pójdzie tablet, książeczki, słodycze, byleby tylko dojechać na miejsce… Ostatnim hitem jest u nas piosenka”Pani” Grzegorza Hyżego, Księciunio zasypia jak tylko go usłyszy. Przywykliśmy. Już nawet nas nie ruszają te zawodzenia. Ba, mniej wydajemy na kawę i napoje energetyczne. Nic tak nie pobudza jak dziatki w aucie 😆

Nasza weekendowa podróż. Ilość przebytych kilometrów: 900. Ilość snu 3h 30 min.

Budzik dzwoni, trzeba wstać…

Kto wcześnie wstaje, ten ma dzieci wiadomo, albo psa, albo po prostu wstaje do pracy. Nie ma zmiłuj, wszyscy mamy jakieś obowiązki. Deficyt snu to chyba najbardziej powszechna bolączka naszej cywilizacji. No bo, z ciągłego braku czasu na wszystko, oszczędzamy na śnie. I tak, chodzi już drugą dekadę zombi po świecie. Niewyspane matki, niewyspani ojcowie, niewyspani alkoholicy, niewyspani pracoholicy, niewyspana młodzież, niewyspani studenci. Na sen nigdy już nie wezmę nic, jak śpiewała Urszula, nie trzeba bo mam dzieci, ja tylko zamknę oczy i śpię. Mój mąż zasypia przy usypianiu córki, zasypia, gdy czyta książkę, zasypia gdy trzyma Młodego na rękach (wczoraj!) i zasypia na kazaniu w kościele. Tak, na stojąco! Ja zasypiam 15 minut po włączeniu filmu, na który napalałam się od miesiąca, zasypiam gdy wsiądę do samochodu, i prawdopodobnie zasnęłabym w każdej chwili i sytuacji, gdybym nie musiała zajmować się dziećmi. I jeszcze, od trzech lat, nie przespałam ciągiem ani jednej nocy, mówiąc inaczej, nie śpię od trzech lat. Straszne. Ale pocieszam się, że sąsiedzi z dołu mają tak samo. Pociesza mnie nawet, to że Kasieńka leci na spacer z psem o 5 rano (śmieję się szyderczo 😆 ). Może kiedyś pośpię sobie do południa, spróbuję, pogadam z mężem, na pewno zrozumie, najwyżej będzie sobota bez sprzątania albo niedziela bez obiadu . Życzę wszystkim, żeby spali póki mogą, nie ma nic lepszego niż porządnie pospać. I miłego czwartku, bo zaraz piątek i kto ma dobrze ten ma weekend. A ja idę łapać jeszcze pięć minut snu póki bąki śpią, a potem jak to śpiewał Łona „kawa, moja wspaniała kawa…”.

Gdy w twoim życiu pojawi się dziecko…

Życie z dwójką małych dzieci to nie lada wyzwanie. Poza karmieniem i zmianą pieluszki co pół godziny u Małego Bąka, muszę jeszcze ugotować Małej Damie, która na wszystko mówi „ble” (jedno z niewielu słów, które tak ładnie wypowiada), nastawić pranie, bo to nigdy się nie kończy a mój mąż od zawsze bezwstydnie przyznaje się, że nie umie (choć tyle razy już to robił). Przysiadów też sobie nie żałuję, więc co krok po coś kucam, coś podnoszę, zanoszę do śmieci…

Jakiś czas temu byliśmy z Damą (Bączek jeszcze w brzuchu) u znajomego bezdzietnego małżeństwa. Mieszkanie wykańczali w tym samym roku co my, no ale u nich wiadomo… Sterylnie, monochromatycznie (biel i czerń zgodnie z trendami, i brak kolorowych zabawek w każdym kącie), tak jakoś spokojnie. No i oni też spokojni, trochę wydawali się znudzeni. Ona upiekła szarlotkę, on zrobił kawę z kapsułki, poopowiadali co słychać: głównie praca, może jakiś wyjazd do Azji, a jak wrócą to już pewnie pomyślą nad potomstwem, w końcu już parę lat po ślubie. I tu nagle on pyta, mina jego poważna z nutą przerażenia: jak wygląda dzień z takim małym dzieckiem? Milion obrazków przebiegło mi przez głowę. Chyba najśmieszniejszy w tym zapytaniu był jego wyraz twarzy kontrastujący z potokiem słów, które chciały się wylać z moich ust… Prawda jest brutalna, nie chcę ich zniechęcać. No bo co mamy mu powiedzieć. Jak to, jak wygląda? Zupełnie inaczej! Wyobraź sobie, że nie ma już leniwego niedzielnego popołudnia i trzygodzinnego posiedzenia z House of Cards. Dzień zaczynasz rano i nie ma zmiłuj, zaakceptuj, że nigdy w weekend nie pośpisz dłużej, no chyba że do ósmej… Pociesz się, że wciąż możesz pić tą samą dobrą kawę z ekspresu tylko, że zimną, no chyba że szybko pijesz. Monotonia – brak. Aktywność – 24h. Poziom zestresowania – jak sinusoida. Jeśli jesteś facetem to nagle uświadamiasz sobie że niesiesz swojej małej damie różowy plecaczek i wcale nie przeszkadza ci ten dziki róż, dość szybko uczysz się wiązać kucyki i warkocze i zakochujesz się na nowo. Poziom zmęczenia 100%, poziom satysfakcji 200%.

To chyba tak wygląda z dzieciakami. Życie z nimi nie jest łatwe ale z pewnością ciekawsze. I cieszę się że rosną i się zmieniają, to każdy nasz dzień czyni innym. Gdzieś na jakimś szczeblu szukam monotonii bo ją po prostu lubię, wydłubuję odrobinę czasu na własne rytuały, jak kąpiel, chwila z książką, piątkowy wieczór z mężem. Ale tak naprawdę, to muszę się poświęcić aby wychować to życie które stworzyliśmy, i zachować w tym wszystkim radość i beztroskę, nie myśleć o zmęczeniu.

Najnowsze komentarze

    Archiwa

    O mnie

    Życie jest proste. Szczęście jest w naszej głowie. Wierzę, że w życiu wszystko zależy od nas samych, to my je kreujemy. Niczego nie szukam, bo mam wszystko. Czasem tylko trochę więcej słońca by się przydało.

    Obecnie moje życie jest przepełnione obowiązkami domowymi i opieką nad dwójką maluchów. I cieszę się, każdą chwilą, którą mogę spędzić w ten sposób. Życie jest piękne w każdym momencie.